|
Wielu z nas sądziło, że po 1989 roku
, choć nie zbudujemy od razu raju na ziemi, to przynajmniej otrząśniemy się z dawnego kłamstwa. Nie było to możliwe, ponieważ ludzie nie stworzyli języka prawdy” – mówił niegdyś na łamach „Tygodnika Solidarność” Zbigniew Herbert. Ponieważ rządy PiS to najbardziej zaawansowana próba demontażu postkomunizmu, mieliśmy okazję najlepiej poznać broniący go obóz, zasięg jego wpływów i siłę oporu, a więc do języka prawdy się przybliżyć. Afery Rywina i Orlenu odsłoniły mechanizmy działania oligarchii biznesowej i bonzów SLD. Tym, którzy chcą myśleć, ataki na PiS może jeszcze bardziej dobitnie od komisji śledczych pokazały bezczelność, tupet i obłudę pozostałych składników postkomunistycznej układanki. Ci, co mieli dotąd wątpliwości, przekonali się, że postkomunista pozostanie postkomunistą, bo jego przywiązanie do uprzywilejowanej pozycji wynika przeważnie z dziesięcioleci tradycji rodzinnych, mentalności przenoszonej z pokolenia na pokolenie, jest w nim zakorzenione. Z takich ludzi – bez nadmiernego uogólniania – składają się wspomniane gremia. Prawo czy prawda w tym systemie wartości po prostu nie istnieje. Rzecz w tym, że media będące po stronie układu działały jak zdyscyplinowana armia, silna na tyle, by narzucać, jaki temat w mediach jest najważniejszy, z czego „robimy aferę”. Ale wygrywały także coś innego – wspomnianą walkę o język. Decydowały, używanie jakiego języka jest wyrazem obiektywizmu, a jakiego objawem stronniczości. Da się to opisać na przykładzie poszczególnych słów. Za stronniczego uznawany był z definicji dziennikarz uznający za fakt obiektywny istnienie układu, nazywający SLD postkomunistami, używający określenia wykształciuch wobec półinteligenta, a nie inteligenta, czyli zgodnie z jego sołżenicynowskim rodowodem itp. Mimo że mówił prawdę. POLSKA POTRZEBUJE OLKA Aleksander Kwaśniewski słusznie czyni, chcąc wrócić do uprawiania polityki. Sytuacja, towarzysze, jest bowiem trudna, by nie rzec - krytyczna. Z mozołem budowane struktury jawne i niejawne sypią się. Kaczyzm naciera. Napaleni młodzieńcy o dziwnych nazwiskach wypierają naszych. Platforma okazała się mdłą kaszą rozdziabdzianą widelcem, a nie opozycją z prawdziwego zdarzenia. Partia Olejniczaka i postmichnikowców nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Rośnie jej, ale słabo. Wyrzucić starych towarzyszy ani nie chce, ani nie może. A Oleksych ci u nas dostatek. Tak dalej być nie może. Nie szkoda Dyduchów, gdy płonie las! Bezczynne przyglądanie sie rozwojowi sytuacji doprowadzić może do utraty tego, co najcenniejsze: sprawnej siatki współpracowników w administracji, wpływów na duży biznes, w szczególności media, kontroli nad wojskiem i służbami, a co nie daj Boże czystki w sądownictwie i prokuraturze. Jak wtedy wyglądałaby Polska? Dokąd byśmy zaszli taką drogą? Dlatego Aleksander musi wrócić, i Siwiec i Czarzasty i Ungier i Dukaczewski i Dubaniowski i Geremek i Olechowski i Piskorski. W jedności siła! A międzynarodowy obóz postępu poprze nas, tak jak dziś popiera. Trzeba bronić praw człowieka i to konkretnego człowieka: Małgośki Ostrowskiej, Wieśka Kaczmarka, Romka Kurnika, Edka Mazura, Andrzeja Szarawarskiego, a nawet Leszka Millera juniora i wielu bezimiennych, którzy przez lata ciężko pracowali dla Polski. Towarzysze! Kaczyzm jest słaby i nieudolny, ale skutecznie szkodzi. Nie wygra następnych wyborów, ale może sprawić, że i my ich nie wygramy. Co wtedy? Będziemy wisieć u klamki Tuska i chłopków z PSL? Będziemy tracić kolejne lata? Na to zgody niema, nie było i nigdy nie będzie. Jacek Łęski |